Polish Pamir Expedition
Snow Leopard

RELACJA 2016

Wyprawę rozpoczęliśmy 29 lipca 2016 roku. Dominik i Michał pociągiem linii Leo Expres docierają z Ostrawy do Pragi, skąd liniami Turkish Airlines lecą do tureckiego Stambułu i dalej do kirgiskiego Biszkeku. Taką samą drogę, tylko że dzień później – 30 lipca 2016 roku przemierzam ja (Dawid). W oczekiwaniu na mój przylot chłopaki kwaterują się w „hotelu” Green Apple w pobliżu dworca zachodniego w Biszkeku. Lokalizacja ta jest o tyle dobra, iż właśnie z tego dworca odjeżdżają marszrutki do wszystkich większych miast, w tym do Karakol, które będzie kolejnym celem naszej kilku etapowej podróży. Jak zapewne domyślacie się nieprzypadkowo słowo hotel zostało wstawione w cudzysłów. Ale poszukując pozytywów, miejsce to gwarantuje międzynarodową atmosferę, ciepłą wodę do kąpieli i dogodną lokalizację przy samym dworcu zachodnim oraz „Osh Bazarze”. Miejsce w pokoju wieloosobowym (coś w stylu wieloosobowego pokoju w polskim schronisku) kosztuje 8$, natomiast miejsce w pokoju 2-4 osobowym 12$.

Około godziny 10:00 dnia 31 lipca 2016 roku docieram na dworzec zachodni, gdzie spotykam się z chłopakami. Negocjujemy cenę marszrutki do Karakol. Z uwagi na fakt posiadania przez każdego z nas dwóch plecaków o łącznej wadze przekraczającej 40 kg zdecydowaliśmy się wybrać pustą marszrutkę, co wiązało się z 2-godzinnym oczekiwaniem na jej zapełnienie. Około godz. 13:00 za 350 som, czyli 20 złotych od osoby ruszamy w kierunku Karakol. Pierwszy obowiązkowy postój zaliczamy po około 2 godzinach od wyjazdu. Wtedy to okazuje się, że skradziono mi z plecaka pożyczoną kamerę Go Pro Hero 3+. Kradzieży dokonali tzw. naganiacze, którzy werbują turystów do marszrutek. Kradzież nie powinna się zdarzyć, ale mój błąd polegał na tym, iż nie miałem możliwość przepakować plecaka po wylądowaniu w Biszkeku, gdyż jako jedyny kontynuowałem powrót do Karakol bezpośrednio z lotniska. Pilnowaliśmy naszych bagaży do samego odjazdu marszrutki z dworca zachodniego. W chwili odjazdu, gdy kierowca nakazał zająć miejsca, ktoś otworzył jeszcze drzwi od bagażnika i w tej krótkiej chwili musiał dokonać kradzieży. Pamiętajcie, żeby pośpiech nigdy nie uśpił Waszej czujności. Po ujawnieniu kradzieży nastroje uległy pogorszeniu. Kamera miała udokumentować przebieg wyprawy, pomijając już fakt materialnej straty. Do Karakol docieramy około godz. 21:30. Jest ciemno jak… w norze. Żaden z taksówkarzy nie jest w stanie pokierować nas do miejsca naszego noclegu - kwatery Hutorok ul. Alibakova Street 63. W końcu dwaj taksówkarze podejmują się próby dowiezienia nas na miejsce i udaje im się to po krótkich poszukiwaniach.

 

                 
 

Fot. Nasza kwatera w Karakol - Hutorok

01.08.2016 roku

Dzień upływa na dokonywaniu rozpoznania posesyjnego. Udajemy się do siedziby agencji Turkestan Travel w Karakol ul. Toktogula 273 oraz prywatnego mieszkania przedstawiciela konkurencyjnej agencji Tien Shan Travel. Chcemy ustalić miejsce i termin wylotu śmigłowca, gdyż do Base Camp South Inlyczek (bazy wspólnej dla Chan Tengri i Pik Pobiedy) śmigłowiec odlatuje zarówno z położonej przy granicy z Kazachstanem miejscowości Karkara, jak również z oddalonej o 80 km w kierunku południowym Mayda Adyr. Obie agencje podają wykluczające się informacje. Okazuje się, że jako alpiniści nie możemy wykupić u żadnej z agencji transportu do miejsca wylotu śmigłowca. Co więcej, żadna z agencji nie podaje nam potrzebnych informacji, tłumacząc się, że wszystko zmienia się dynamicznie i pracownicy agencji sami oczekują na telefoniczną informacje w tej sprawie. Obie agencje proponują jedynie wykupienie small lub full packietu. Co ciekawe ceny pakietów na miejscu są niższe od cen proponowanych przez jej pracowników w ramach korespondencji mailowej/telefonicznej. Oczywiście za usługi agencji serdecznie dziękujemy. Spotykamy Polaków, którzy w tym sezonie zakończyli już akcję górską od strony północnej na Chan Tenri. Przekazane przez nich wiadomości nie nastrajają optymistycznie: do chwili obecnej nikomu nie udało się zdobyć Chan Tengri od strony północnej, a na Piku Pobiedzie wprost na Camp 1 zeszła lawina, niszcząc go całkowicie. Warunki w tym sezonie są podobno najtrudniejsze od ostatnich 10 lat….

02.08.2016 roku

Ponownie udajemy się do Turkestan Travel. Dzięki naszej cierpliwości i uporowi dowiadujemy się, że zasypana przez lawinę kamienną droga do Mayda Adyr jest już przejezdna i śmigłowiec będzie w dniu jutrzejszym tj. 03.08.2016 roku odlatywał z Mayda Adyr do Base Campu South Inlyczek. Jako, że z agencją podróżować nie możemy krążymy po mieście i szukamy jeepa/busa którego kierowca zgodzi się zawieść nas dziś do Mayda Adyr. Łatwo nie było. Około 13:00 natrafiamy na taksówkarza, który informuje, iż zna drogę, gdyż w przeszłości jeździł tam do bazy wojskowej i jest w stanie nas dowieźć na miejsce. Cenę ustalamy na 3000 som (około 45 dolarów) za naszą trójkę oraz podróżującego z nami Rafała. Cena agencyjna za mierzącą 140 km trasę z Karakoł do Mayda Adyr to 120 Euro. Podróżujemy tym…

 

Już po 20 minutach od opuszczenia miasta, pojawiają się pierwsze poważne problemy w postaci posterunku policji. Było naprawdę gorąco. Godzinne negocjacje, propozycje finansowe z naszej strony, ale Panowie Policjanci są nieugięci… aż dziwne. Pokazują pismo z 29.07.2016 roku o rzekomym zakazie przekraczania przez kogokolwiek granicy miasta w związku z przenoszoną przez zwierzęta zarazą/epidemią. Jeden z urzędników pokazuje na latające nad nami ptaki, które mają roznosić dżumę albo inną zarazę i mamy wrócić do miasta odbyć 3-dniowe szczepienia i wrócić z potwierdzeniem. Szczepienia w mieście…. Nie kupiłbym w tym kraju tabletek na ból głowy, a co dopiero kuć się igłą w tak niesterylnych warunkach. Ten pomysł, pomijając trzydniowe opóźnienie odpadał. Uwierzcie, że było naprawdę ciężko negocjować. Pomimo trzykrotnej wizyty w tych krajach jeszcze nigdy nie spotkałem takich upartych i zawziętych urzędników… W końcu się udało. Oficjalnie granicę miasta przekroczyliśmy 28.07.2016 roku, ale to cofnięcie czasu kosztowało nas 1000 som, czyli jedyne 60 złotych. Oczywiście kwotę, żeby była jasność też negocjowaliśmy… Następne 100 km drogi to bajka. Piękne widoki, dzikie doliny z wolno biegającą zwierzyną. Inny świat. Opuściliśmy brzydotę miasta, gdzie człowiek ingerując w otoczenie potrafi jedynie niszczyć i znaleźliśmy się w miejscu, w którym spokojnie można by kręcić film przygodowy/fantazy typu Władca Pierścieni. Sama przyjemność.

 

Beztroska podróż kończy się około godz. 19:00 kiedy to 18 km od Mayda Adyr na drodze leżą zwały kamieni po wspomnianej wcześniej lawinie kamiennej. Widać, że jakieś pojazdy tędy przejechały, ale na pewno nie nasz Van. Kierowca podejmuje próbę, ale już po 5 metrach zagotowuje mu się płyn w chłodnicy i musimy pojazd wypychać do tyłu. Nasze rozstanie nie należy do miłych. Jak zwykle nerwy, kierowca chce więcej pieniędzy… standard. Nie dostaje. Wypakowuje nasze bagaże na drogę i odjeżdża. A my 30 minut przed zmrokiem, każdy z dwoma lub więcej plecakami zostajemy 15 km od naszego celu – bazy Mayda Adyr, skąd jutro mieliśmy w zamiarze odlecieć na Base Campu. Siadamy i rozważamy… Jest pomysł, abym ja z podróżującym z nami Rafałem poszedł pieszo do bazy 18 km i w poszukał tam transportu… ale to z 4 godziny drogi w jedną stronę. I wtedy zdarzył się prawdziwy cud. Drogą, która nikt nie jeździł w oddali zauważyliśmy zbliżającego się wojskowego Ziła. Po chwili, oczywiście po kolejnych burzliwych negocjacjach, które stanęły na 1500 som za wszystkich siedzimy już na pace tego radzieckiego potwora. Ma moc. Okazuje się, że dalej droga wygląda jeszcze gorzej. Niektóre etapy pokonujemy pod kątem 45 stopni, nachyleni nad urwiskiem biegnącej 30 metrów niżej rzeki. Co za emocje. I tak wcześnie. Naprawdę mieliśmy kilkukrotnie wrażenie, że zaraz pojazd zsunie się w bok. Po 8 km docieramy do mostu na rzece, gdzie odbywa się wojskowa kontrola paszportowa oraz pozwolenia na pobyt w strefie przygranicznej. Poszło bezproblemowo… aż dziwne w tym kraju. Kierowca odbija z głównej drogi w lewo. Od tego miejsca jest 10 km do samej bazy wojskowej, gdzie znajduje się również lodowisko śmigłowca. Nie myślcie, że te 10 km minęło spokojnie. W kilku miejscach kierowca Ziła potrzebował naszej pomocy. Wysiadaliśmy z pojazdu i pokazywaliśmy jak ma przejechać omijając ogromne głazy, na tzw. zapałki aby nie wypaść z wyznaczonej trasy. Było ciemno, a my święciliśmy czołówkami kierując i pokazując drogę kierowcy. Suma sumarum udaje się. Okazuje się, że gdyby nas nie spotkał miałby małe szanse na samotne pokonanie tej trasy po zmierzchu. Widocznie tak miało być. Co najważniejsze, w bazie Mayda Adyr był śmigłowiec. To bardzo dobra wiadomość po wyczerpującym, pełnym emocji dniu. Okazało się, że kierowca przyjechał po grupę kilkunastu Ukraińców, którzy zakończyli już swoją ekspedycję w tym sezonie i wracają do Karakoł. Kierowca miał jaja. Ukraińcy zapakowali się do Ziła i wyjechali w nocną podróż. Po obowiązkowej, kolejnej kontroli wojskowej bierzemy od kierownika bazy Aleksandra nocleg w kwaterze za 8 dolarów od osoby. Obowiązkowe nawodnienie po pełnej emocji podróży i idziemy spać.

03.08.2016 rok

Wstajemy wcześnie. Okazuje się, że baza jest niemal pusta. Ale jest śmigłowiec i piloci. Pogoda nie rozpieszcza. Kupujemy gaz u Aleksandra i czekamy.
 

Bezpośrednio z Biszkeku do bazy przyjeżdża czterech Francuzów, z którymi nawiązujemy bliższe relacje i dalej w trakcie wyprawy dużo współpracujemy. Pojawia się pomysł pieszego trekkingu do Base Campu, ale Aleksander informuje, iż w tym roku pogoda jest tak niestabilna, iż szlak został zasypany i zalany przez spływające z gór rzeki również na tym odcinku. Nie będzie łatwo. Wieczorem do bazy dociera również dwójka Polaków: Jurek i Tomek. Czekamy do jutra.

04.08.2016 rok

Z rana pogoda jest straszna. Leje, chmury wiszą nisko. Wszyscy, łącznie z pilotami nasłuchujemy komunikatów z Base Campu. Około południa chmury nad Mayda Adyr są już wysoko, ale komunikaty z Base Campu nie pozostawią złudzeń. Widoczności brak. Dalej czekamy.

 




            

Około 14:00 pada wyczekiwana komenda. Jest okno pogodowe umożliwiające bezpieczne wylądowanie w bazie. Mamy 5 minut na spakowanie rzeczy. Znamy to z poprzedniego roku. Płacimy po 180 euro każdy i …Bieg, bieg, bieg. Siedzimy w śmigłowcu.
 

Lot trwa około 40 minut. Z upływem czasu widoku robią się coraz piękniejsze.
 

Lądujemy w bazie. Witam się z naszymi znajomymi z Iranu i Rosji. Baza jest całkowicie zasypana. Aż strach pomyśleć ile śniegu będzie wyżej. Czas na poszukiwania odpowiedniego miejsca na postawienie namiotów. Jako „pozaagencyjni” alpiniści musimy oddalić się na obrzeża base campu. Szukamy miejsca z dostępem do wody pitnej i w końcu znajdujemy. Czas na kopanie platform pod namioty. Świeżego śniegu jest około 50 cm. W pobliżu rozbijają się wspomniani wcześniej przeze mnie Francuzi.

 

 



            05.08.2016 r.

Nowy dzień w Base Campie zaskakuje bardzo mocnym opadem śniegu. Niebo zawieszone na 4300. Okna pogodowe trwają 5-10 minut. Czekamy do godz. 14:00, ale pogoda się nie poprawia. Nie ma wyjścia. Wycieczkę do obozu 1 przekładamy na jutro.

06.08.2016 r.

Wstajemy o 8 rano. Pogoda z rana wygląda obiecująco. Co najważniejsze nie pada śnieg. Słońce przebija się przez nisko zawieszone chmury. Podejmujemy decyzję o wyjściu do obozu 1. Pakujemy plecaki na ciężko, tak około 25 kg każdy. Około gody. 11:00 ruszamy. Droga prowadzi płaskim terenem, jednakże jest strasznie kręta i uzależniona od aktualnego wyglądu lodowca. Już po 30 minutach od opuszczenia bazy zaczyna padać śnieg. Na lodowcu mijamy szczątki helikoptera Mi 8. Wraz z Michałem idziemy przodem, gdy nagle słyszymy krzyk Dominika. W jednej sekundzie przechodzi nam przez myśl… szczelina… obracamy się i widzimy Dominika walczącego ze śniegiem, wystającego ponad powierzchnię od pasa w górę. Rzucamy plecaki i biegniemy w jego stronę. Na szczęście skończyło się tylko na strachu. Dominik dał radę wydostać się sam. Owa szczelina okazała się zamarzniętym oczkiem lodowcowym, gdzie Dominik usiłować nabrać wody do menażki. Jego plan zakończył się niestety, ale też na szczęście jedynie nieplanowaną kąpielą w lodowatej wodzie. Chciałbym w tym miejscu napisać, że buty otrzymane od naszego sponsora firmy Skarpa pokonały żywioł i Dominik miał suchutkie stopy, ale niestety woda do ich wnętrza dostała się od góry. A przed nami jeszcze z 2,5 godziny drogi do jedynki. Drogę 7km, około 320m przewyższenia pokonujemy w 4h 30 minut. Po dotarciu do obozu 1 okazuję się ,że jesteśmy sami. Odpoczynek i suszenie rzeczy.
 




             

07.08.2016 r.

Z rana pogoda jest bardzo dobra. Słońce operuje niemiłosiernie. Aklimatyzujemy się robiąc mały rekonesans w kierunku obozu 2, gdyż dobrze jest zapoznać się w ciągu dnia z trasą, którą przyjdzie nam pokonać, w zupełnych ciemnościach następnej nocy. Kilka obowiązkowych fotek. Po południu do obozu dochodzą znajomi z Francji oraz kilkunastu innych wspinaczy. Decyzja podjęta. Ruszamy do C2 w nocy. Przed nami najniebezpieczniejszy moment, tzw. Butelka. O godz.20:00 kładziemy się spać. Jutro czeka nas z ciężkim plecakiem 1100m przewyższenia.
 

                        Fot. Czwarty członek grupy Polish Pamir Expedition.
 

                        Fot. Obóz 1

08.08.2016 r.

Wstajemy o 2:00 w nocy. Gotowanie, pakowanie i o 3:30 ruszamy. Śnieg jest dobrze zmrożony i idzie się całkiem przyzwoicie. Tylko plecaki dają we znaki. Wchodzimy w kuluar Semienowskiego, którym pniemy się do góry. Około godz. 5:30 słyszymy głośny huk i obserwujemy, jak ścianą Czapajewa, wprost na nas schodzi lawina. Pada pytanie uciekamy w bok? Na szczęści dzielący nas dystans jest na tyle duży, że dostajemy tylko jej podmuchem i niesionymi kawałkami śniegu oraz lodu. A podobno najbezpieczniej pokonać ten odcinek do 7:30…. No nic, zadziałała motywująco. Około 7:30 bezpiecznie mijamy najniebezpieczniejszy etap trasy tzw. „Butelkę”. To właśnie na tym odcinku – w kuluarze Semienowskiego w 5 sierpniu 2004r. wydarzyła się wielka tragedia. Na idącą w górę dużą grupę wspinaczy (50 osób) zeszła lawina ze zboczy Piku Czapajewa. Śmierć poniosło 11 alpinistów: 5 Czechów, 3 Rosjan i 3 Ukraińców. Odcinek z C1 do C2 pokonujemy w 5 h. Całkiem niezły czas jak na pierwszy raz. Na wysokości 5380 m.n.p.m. kopiemy platformy pod namioty. Dominik odczuł szybką zmianę wysokości i nie czuł się najlepiej na samym podejściu do C2 oraz w obozie drugim.
 

                         Fot. Obóz 2.
 

                        Fot. obóz 2.
 

                        Fot. Widok z namiotu w C2 na Pik Pobiedy

09.08.2016 r.

Około 8:00 rano do C2 docierają Rafał (znajomy z Ostrowa Wielkopolskiego, który w tym sezonie nastawiony był na zdobycie Piku Pobiedy) oraz poznani wcześniej Tomek i Jurek. W związku z dobrym samopoczuciem, z chwilą pojawienia się w C2 pierwszych promieni słonecznych, około godz. 10:00 wraz z Michałem wychodzimy do C3, gdzie mamy w planach złożenie części depozytu, niezbędnego na atak szczytowy. Drogę 4km, około 600 m przewyższenia pokonujemy w 3h. Podejście w pełnym słońcu wyssało z nas resztki sił. Po raz pierwszy, wraz z Michałem osiągamy C3. Na wysokości około 5880 metrów pakujemy depozyt w pokrowiec od plecaka i zakopujemy w okolicach jam śnieżnych. Opalamy się (aklimatyzujemy) około 1h 20 minut i schodzimy z powrotem do C2. Gotujemy kolacje i idziemy spać. Dominik nadal nie czuje się najlepiej, dlatego podejmuje decyzję o nocnym zejściu wraz z Tomkiem i Jurkiem do Base Campu. Wraz z Michałem i Rafałem planujemy następnego dnia założyć C3 i spędzić noc na 5900 m.n.p.m. Czujemy się świetnie.
 

               Fot. Michał w C3, na zdjęciu poniżej, w środku nasza droga na Chan Tengri widziana z C3.
 

10.08.2016 r.

O godz. 2:00 w nocy Dominik, Tomek oraz Jurek wyruszają z C2 do BC. Nadal czujemy się świetnie, i gdzieś w głowie przychodzi nam pomysł jutrzejszego ataku szczytowego. Dopiero po obiedzie, ponownie w ostrym słońcu pokonujemy drogę z C2 do C3. W jej połowie rozmawiamy i gratulujemy Andrzejowi Bargielowi zdobycia szczytu. 2 minutowa przerwa i ruszamy dalej. My w górę, a on już na dół. Do obozu 3 docieramy dopiero około godz. 17.30. Wraz z Michałem rozstawiamy namiot na przełęczy, czyli z 80 metrów wyżej niż dnia poprzedniego złożyliśmy depozyt. Śnieg jest wywiany, dlatego nie ma potrzeby kopania nowej praformy pod namiot. Mamy nadzieję na utrzymanie się dobrej pogody, jednakże już po chwili zaczyna zacinać śniegiem. Mimo wszystko, pełni optymizmu, najedzeni i nawodnieni kładziemy się spać, z przekonaniem podjęcia próby nocnego wyjścia na atak szczytowy.

11.08.2016 r.

Pogodę monitorowaliśmy przez całą noc, co godzinę. Niestety, tylko śnieg i silny wiatr. Widoczności brak. Wszystkie zespoły rezygnują z ataku szczytowego. Wycofują się zabierając sprzęt. Zostajemy z Michałem niemal sami. Kilkukrotnie kontaktujemy się z bazą. Dominik sprawdza pogodę gdzie się da. Przez radioodbiornik cyfrowy przekazuje nam informację o kilkudniowym załamaniu pogody. Prognozy nie pozostawiają złudzeń. Wszyscy muszą natychmiast schodzić. Walczymy z własnymi myślami. Wiem, że jeżeli teraz zejdziemy i będziemy czekać to zabraknie czasu na Pobiedę. Ale z drugiej strony kilkudniowe oczekiwanie na 5900 m.n.p.m., bez odpowiedniego zaopatrzenia w żywność i gaz może pogrzebać plany zdobycia chociażby jednego z dwóch szczytów. Początkowo przekonuję Michała, aby zostać jeden dzień i poczekać co przeniesie nowy poranek. Michał wyciąga swoje argumenty i obstaje przy tym aby schodzić i wrócić z drugą próba za kilka dni. Był przekonujący. Schodzimy… w 7 godzin jesteśmy w Base Campie. Na zejściu pogoda płata nam figla i po południu pojawia się słońce… Wyobraźcie sobie naszą wewnętrzną złość… Dominik wita nas żurkiem z kiełbasą. Rarytas.
 

12.08.2016 r.

Poranek budzi nas po raz kolejny piękną pogodą. Panują grobowe nastroje. W głowie wciąż krążą te same myśli… Gdybyśmy poczekali, to dziś może schodzilibyśmy już do bazy ze szczytu Chan Tengri. Pozostał żal, ale nie czas płakać nad rozlanym mlekiem. Szybko podejmujemy decyzję: Jutro wychodzimy ponownie do C1. Plan jest taki, iż z całym depozytem dochodzimy do C3 i czekamy na okno pogodowe na atak szczytowy. Dziś jednak odpoczywamy, regenerujemy siły, odwiedzamy przyjaciół. Do chwili obecnej nadal nikt nie zdobył Piku Pobiedy. W górze walczą dwa zespoły: nasi przyjaciele z Iranu oraz narodowa wyprawa rosyjska.
 

Fot. Widok z naszego namiotu w Base Campie
 

Fot. Nasza miko baza w Base Camp.


           

Fot. Chłopaki na tle Pobiedy

13.08.2016 r.

Około godz. 16:00 ruszamy ponownie do C1. Tym razem drogę pokonujemy w 2h 30 min. Kładziemy się w trójkę w namiocie Tomka i Jurka. Gotowanie i około 20:00 kładziemy się spać. Jutrzejszy plan zakłada dojście bezpośrednio do C3. Wieczorem do C1 dociera jeszcze komercyjny zespół kilku alpinistów z dwoma przewodnikami. Oni również mają podobny plan. Kładziemy się spać.

14.08.2016 r.

Pobudka o 2:00. Gotujemy i przygotowujemy się do wyjścia. 30 minut wcześniej w drogę ruszają przewodnicy z klientami, lecz nim zdążyliśmy opuścić C1 wracają i informują o bardzo niebezpiecznych warunkach. Informują, iż temperatura w nocy była zbyt wysoka i lodowiec jest niezmrożony, niestabilny i szczeliniasty. Odradzają wyjście do C2 i sami przekładają je na dzień następny. Informujemy, iż poczekamy do godz. 4:30, kiedy to jest najchłodniej i zobaczymy czy lodowiec będzie stabilniejszy. Tak też robimy. Ubrani i spakowani czekamy do 4:30. Zrobiło się chłodniej więc ruszamy. Lodowiec zmienił się nie do poznania. Wygląda zupełnie inaczej. Szukaliśmy nowej drogi, gdyż ta sprzed tygodnia była już dawno nieaktualna. Michał pędzi przodem. Około 8:00 wraz z Dominikiem wchodzimy w ostatni, najniebezpieczniejszy odcinek trasy – tzw. Butelkę. Po chwili słyszymy dziwaczny odgłos jaki wydaje, szybko poruszający się, ciężki przedmiot. Trwało to ułamek sekundy. Tzw. świst przecinającego powietrza i około 1 metra obok Dominika, w śnieg, uderza duży głaz. Prędkość z jaką się poruszał była niewyobrażalna. Do dziś nie wiemy jakim cudem tak ciężki kamień spadł z partii podszczytowych Piku Czapajewa nie odbijając się od jego zboczy. Fakt faktem prędkość z jaką się poruszał była niesłychana. Mięliśmy dużo szczęścia. Ten odgłos będzie mi jeszcze długo towarzyszył. Po chwili meldujemy się na krótki odpoczynek w C2. Następnie ruszamy dalej do C3. Dominik wraz z Michałem kwaterują się w jamie śnieżnej. Ja postanawiam nocować na samej przełęczy, w pozostawionym przez nas, kilka dni temu namiocie. Przypuszczałem, iż może być problem z jego odnalezieniem, dlatego postanowiłem jeszcze tego wieczoru go odkopać i sprawdzić stan naszego depozytu. Tak jak przypuszczałem, samotnie stojący na przełęczy namiot był zasypany niemal całkowicie. Na szczęście udało mi się go zlokalizować i wydostać spod śniegu. Jestem w środku. Tej nocy spotkało mnie jeszcze jedno ciekawe zjawisko. Stelaż namiotu elektryzował się niesamowicie. Przypuszczałem, iż to w wyniku burzy i wyładowań elektrostatycznych. W miejscach łączeń stalowych elementów stelażu namiotu pojawiał się 5-centymetrowy płomień i towarzyszący temu odgłos spawania. Dotychczas nigdy z czymś takim się nie spotkałem.

15.08.2016 r.

Około godziny 9:00 na przełęcz docierają do mnie chłopaki: Dominik i Michał. Opowiadam im historię z namiotem, a oni patrzą na mnie jak na wariata. Może miałeś halucynacje pytają? Myślę, że aż tak źle ze mną nie ma. Robimy mały rekonesans trasy w kierunku szczytu, a właściwie najważniejsze jest przetarcie drogi do skał, gdyż po świeżych opadach śniegu, z każdym krokiem wpadamy do pas. Pokonanie 300 metrów, w miarę płaskiego odcinka na przełęczy ciągnie się niemiłosiernie. Po powrocie chłopaki wracają do swojej jamy śnieżnej. Później dołączam do nich. Rozmawiamy z przewodnikami z komercyjnego zespołu. Oni również planują dzisiejszej nocy atak szczytowy. Wszystko zależy od pogody. Z Michałem i Dominikiem umówiłem się na sygnał świetlny ok. 2:00, w zależności czy będą warunki do podjęcia próby ataku szczytowego. Brak sygnału oznacza dalsze oczekiwanie na poprawę pogody. Wracam na przełęcz.

16.08.2016 r.

Niestety, całą noc bardzo mocno pada śnieg. Opady są tak intensywne, iż Michałowi i Dominikowi zasypało wejście do jamy śnieżnej. Kilkukrotnie wstaję, aby odśnieżyć namiot. Widoczności brak. Nie ma co liczyć na nocną próbę ataku szczytowego. Rezygnujemy. Przed 10:00 schodzę ponownie poniżej przełęczy, do chłopaków. Michał coraz gorzej się czuje. W nocy miał krwawienie z nosa. Informuje, że to tylko przeziębienie, jednak kontynuowanie ataku szczytowego w tych warunkach, przy osłabieniu nie jest najlepszym pomysłem. Michał podejmuje decyzję o rezygnacji z dalszego ataku. Wraz z Dominik postanawiamy podjąć próbę założenia w dniu dzisiejszym obozu 4 na wysokości około 6400 m.n.p.m. Wspólnie z nami wychodzi dwóch przewodników z klientami oraz trzyosobowy skład z Litwy – bardzo mocny zespół, którego członków poznaliśmy w 2015 roku podczas wyprawy na Pik Korżeniewskiej i Pik Komunizma. Zabieramy namiot i dużo sprzętu dlatego droga w kopnym śniegu ciągnie się niemiłosiernie. Mimo wszystko mamy dobre tempo. Co chwilę kogoś wyprzedzamy. Około godz. 16:00 przychodzi załamanie pogody. Zaczyna mocno wiać i robi się strasznie zimno. Kryształki lodu wdzierają się pod ubrania. Wiatr kręci niemiłosiernie. Wraz z Dominikiem podejmujemy decyzję o rozstawieniu namiotu na pierwszej dogodnej półce skalnej w grani. W miarę przyzwoite miejsce znajdujemy na wysokości 6380 m.n.p.m. Półka jest tak mała, iż dla bezpieczeństwa za pomocą liny mocujemy odciągi namiotu do stałych punktów asekuracyjnych znajdujących się w ścianie. Kilkadziesiąt metrów wyżej rozbijają się przewodnicy z klientami, natomiast pod nami zespół litewski. Gotujemy na zmianę, często zasypiając na siedząco. Czynność trwa całą wieczność. Jesteśmy przygotowani na jutrzejszą próbę ataku szczytowego. Łączymy się z Michałem, który informuje, iż jest już w C2 i w nocy będzie schodził do Base Campu. Zasypiamy.
 




              

Fot. W górze droga z C3 do C4, na dole miejsce biwaku na 6380 m.n.p.m.


              

 

17.08.2016 r.

Od 3:00 w nocy monitorujemy pogodę. Wieje strasznie. Nasz namiot łopocze jak żagiel na wietrze. Jest strasznie zimno. Około 6:00 widzimy jak nasz namiot mija trzyosobowy zespół z Litwy. Wiatr rzuca nimi na każdą stronę, a zdobywanie wysokości idzie im strasznie mozolnie. W tych warunkach atak szczytowy nie ma szans powodzenia. Czekamy zasypiając co chwilę. Nie mija 30 minut kiedy obserwujemy wycof zespołu litewskiego. Tak jak myślałem, w tych warunkach atak szczytowy jest wręcz niemożliwy. Po kolejnej godzinie w dół schodzą przewodnicy z klientami. Próbujemy poczęstować ich ciepłą herbatą, jednakże wiatr jest tak silny, iż uniemożliwia im dotarcie do naszego namiotu. Szybka wymiana zdań. Odpuszczają, a my przekazujemy, iż czekamy na poprawę warunków. Żegnamy się serdecznie. Znów zasypiamy, mam okropne sny, czuję się jak na jawie. Około 16:00 budzę się i spostrzegam, iż wnętrze namiotu jest zasypane śniegiem. Nawet nasze śpiwory pokryte były w całości śniegiem i lodem. Pytam Dominika dlaczego nie zamknął wejścia do namiotu, a on zdziwiony informuje: „przecież zamknąłem”. Powoli tracimy nadzieję na chociażby chwilową poprawę pogody. Ja jestem za tym, aby jeszcze poczekać. Nie chcę zrezygnować i potem zastanawiać się czy można było zrobić coś jeszcze. Pijemy, jemy i zasypiamy.

18.08.2016 r.

Znów budzimy się w nocy. Pomiędzy godz. 0:00, a 2:00 jest czyste niebo. Nadal strasznie wieje, ale jest nadzieja na poprawę pogody. Nasz namiot jest skuty lodem. Na Chan Tengri zostaliśmy sami. Wszyscy zeszli do C3. Czekamy. Od 4:00 rano gotuję wodę przygotowując się do wyjścia. Dominik patrzy z niedowierzaniem. Pogoda znów się psuje. Dalej wieje i jest strasznie zimno. Powoli kończą nam się zapasy jedzenia. Zapada decyzja. Mówię Dominikowi, iż spróbuję. Informuję go, iż jeżeli nie wrócę za godzinę to znaczy że jest szansa rozgrzać się i walczyć dalej o zdobycie szczytu, a jeżeli nie dam rady to wrócę i schodzimy. Dominik przystaje na moją propozycję. Potem stwierdził, iż słysząc moje słowa od razu pomyślał: „taa, na pewno wrócisz, Dawid jak Ty kłamiesz” i od razu zaczął również przygotowywać się do wyjścia. Wychodzę około 7:30. Wspinam się bardzo szybko, aby rozgrzać swoje palce u nóg i rąk. Nie zatrzymuję się niemal w ogóle. Nie ma nawet możliwości zrobić zdjęcie. Droga jest ubezpieczona linami, które pomagają, ale tez czasem przeszkadzają. Zimno nie pozwala zastanawiać się nad trudnościami wspinaczkowymi, a jest ich znaczna ilość. Po około 1,5 godziny zauważam, iż Dominik rusza za mną. Jest tak zimno , że nie ma możliwości zaczekania na niego. Kilkusekundowe zatrzymanie nie pozwala rozgrzać palców. Z uwagi na wspinaczkowy charakter drogi nie ma możliwości założenia łapawic. Dominik dzielnie podąża za mną. Jest około 200 metrów niżej. W pewnym momencie, na wysokości około 6700 m.n.p.m. woła, iż będzie zawracał. Ja byłem na 6950 m.n.p.m. Z uwagi na odległość gestami daję znać, że rozumiem i kontynuuję wspinaczkę w górę. Ostatnie 100 metrów jest szczególnie ciężki. Na wysokości 6900 m.n.p.m. kończy się wspinaczka skalna i rozpoczyna strome, śnieżne podejście. Każdy krok w świeżym, głębokim śniegu jest męczarnią. Szczyt oddala się z minuty na minutę. W końcu ukazuje się krzyż. Zostały 2 minuty i stanę na swoim trzecim z pięciu siedmiotysięczników. Pogoda nie rozpieszcza. Na szczycie spędzam samotnie jedyne 15 minut. Jest godz. 13:00. Próbuję zrobić sobie zdjęcie, ale przy silnym wietrze wykonanie zadania graniczy z cudem. Udaje się. Zaczynam schodzić. Po około 20 minutach, na wysokości 6930 m.n.p.m. zauważam Dominika. Jest bardzo zmęczony. Mówię mu, że do szczytu jeszcze kawałek, z 45 minut. Informuję, go iż byłem pewny że na 6700 m.n.p.m. zrezygnował z ataku. Chciał, ale zmobilizował się ze wszystkich sił i walczy dalej. Dominik pyta czy na niego poczekam. Stwierdza: „znów mnie tutaj zostawisz”. Obiecuję, że będę czekał tak długo, jak długo dam radę znieść zimno. Daję Dominikowi mój aparat fotograficzny. Czekam. Mija godzina kiedy Dominik wraca informując, iż zdobył szczyt. Gratulujemy sobie wzajemnie. Nie ma czasu do stracenia. Zakładamy przyrządy zjazdowe i w dół. Zjazdy do namiotu ciągną się niemiłosiernie. Około 16:00 w końcu oboje docieramy do namiotu. Krótki odpoczynek, pakowanie rzeczy i postanawiamy jeszcze dziś dotrzeć do jamy śnieżnej do C3. Znów załamuje się pogoda. Widoczność maleje do zera. Kiedy dochodzimy w pobliże przełęczy na 5900 m.n.p.m. jest już zupełnie ciemno. Podążamy bardzo zmęczeni w kopnym, głębokim śniegu. Krok za krokiem. Torujemy na zmianę w śniegu po uda. Widoczności brak. Szukamy liny poręczowej umożliwiającej zjazd z przełęczy do C3. W końcu znajdujemy. Około 20:40 docieramy do jamy śnieżnej na 5880 m.n.p.m. W C3 jest dużo ludzi, w tym nasz znajomy Jurek, który umożliwia nam nocleg w jamie śnieżnej, a sam przygotowując się do nocnego ataku szczytowego z międzynarodowym zespołem i przewodnikami, lokuje się w innej jamie. Dzięki Jurek za ten gest. Odbieramy gratulacje i przekazujemy mu kilka wskazówek na temat drogi oraz ważnych aspektów ataku szczytowego. Życzymy powodzenia i żegnamy się. Zasypiamy jak zabici w jamie śnieżnej, zmęczeni, ale szczęśliwi.
 

Fot. Atak szczytowy, zdjęcie na Tien Szan z wysokości 6980 m.n.p.m. Na pierwszym planie Pik Czapajewa.


       

Fot. Selfie na szczycie


Fot. Domin na szczycie.


Fot. Atak szczytowy.

                  

Fot. Droga w dół, zdjęcie z 6800 m.n.p.m.


Fot. Domin na 6800 m.n.p.m.






Fot. Nasza droga. W oddali nasz namiot na 6380 m.n.p.m.

 





           
 

Fot. Wspólne selfie po bezpiecznym powrocie z ataku szczytowego.

19.08.2016 – 20.08.2016 roku

Wstajemy późno. Jemy śniadanie obserwując zmagania na grani atakujących szczyt. Około godz. 14:00 pakujemy cały depozyt i schodzimy do C2. Tam czeka na nas kolejny sprzęt do zabrania. Jest tego. Wcześnie kładziemy się spać z zamiarem nocnego powrotu do Base Campu. Plan zakłada pobudkę o 4:00, jednakże mamy trudności z zaśnięciem. W końcu ruszamy po północy. Nie ma sensu męczyć się w C2 do 4 rano. Schodzimy szybko. Obładowane plecaki dają we znaki. Około 3:30 docieramy do C1. Krótki postój, kolejne dopakowanie rzeczy i ruszamy dalej. Lodowiec ponownie zmienił się nie do poznania. Szukamy najbezpieczniejszej trasy. Około godzinę przed Base Campem Dominik wpada po pas do szczeliny. Szybko pomagam mu się wydostać. Po 6:00 rano zmęczeni docieramy do bazy. Witamy się z Michałem, który gratuluje nam zdobycia szczytu. Oblewamy sukces rozkoszując się piwem. Chyba zasłużyliśmy.
 

Fot. Obóz 3 na 5880 m.n.p.m.


           

Fot. Nasza jama śnieżna na 5880 m.n.p.n., poniżej przywitanie z bazie po zejściu 20.08.2016 roku


        
 

21.08.2016 roku

Jak to bywało w poprzednich latach, także w tym roku sezon w bazie został skrócony i już następnego dnia po zejściu do Base Campu przyleciał po nas śmigłowiec, którym odlecieliśmy do Karkary. Podsumowując wyprawę uważam za udaną. Pomimo niesprzyjających warunków udało się zrealizować 50% założonego celu. Na zdobycie obu szczytów nie było szans. Tegoroczny sezon pod względem warunków był najtrudniejszy od 10 lat, co stwierdził kierownik bazy Dima. Pik Pobiedy zdobył Andrzej Bargiel, nasi przyjaciele z Iranu oraz kilku wspinaczy narodowej wyprawy rosyjskiej. Gratulujemy wszystkim. Czas wracać. Następnych kilka dni spędziliśmy na odpoczynku w Karakol oraz w Czołpon-ata. Dwa dni przed wylotem przemieściliśmy się do Biszkeku.


ffgrgsgsgsgsdgds